|
Wiatraki pod prąd... Energetyczni monopoliści ani myślą kupować prądu wytworzonego przez małe firmy, które zainwestowały w siłownie wiatrowe.Energetyczni monopoliści ani myślą kupować prądu wytworzonego przez
małe firmy, które zainwestowały w siłownie wiatrowe
- To skandal! Czujemy się teraz jak frajerzy, nabici w butelkę przez
monopolistów: Zakłady Energetyczne oraz Polskie Sieci Elektroenergetyczne - mówi
Piotr Wiśniewski z zarządu firmy Energia Eco.
Jeszcze dwa lata temu interes z wiatrakami wydawał się pewny jak lokata w
szwajcarskim banku. Dziś największe w Europie siłownie wiatrowe stojące pod
Darłowem kręcą się, ale do kupienia zielonej energii nikt się nie kwapi.
Wiatrowy biznes
A miało być jak w Europie. W 2000 roku minister gospodarki zapalił inwestorom
zielone światło - wydał rozporządzenie nakładające na zakłady
energetyczne obowiązek skupowania zielonej energii (miała stanowić 2,5 proc.
całej energii). Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska zapraszał do budowy
elektrowni wiatrowych dając atrakcyjny kredyt. Państwowy Eko-Fundusz miał do
wydania kilkadziesiąt milionów na dotacje.
Chętni ustawili się w kolejkę. Pierwsza duża farma wiatrowa powstała w maju
2001 roku w Barzowicach niedaleko Słupska.
- To była pierwsza elektrownia wiatrowa z prawdziwego zdarzenia. Szansa na rozwój
ekologicznej energetyki, bez węgla, dymu i zatruwania środowiska - mówi
Wojciech Romaniszyn, prezes spółki Elektrownie Wiatrowe SA, który od 10 lat
zajmuje się "wiatrowym biznesem". Wydał na zieloną elektrownię 25
mln zł - kredyt, oszczędności i prawie 7 mln dotacji z Eko-Funduszu.
Kula u nogi
W styczniu tego roku pełną parą ruszyła elektrownia wiatrowa w Cisowie koło
Darłowa. Firma Energia Eco postawiła tam największe w Europie wiatraki,
zdolne zasilać w prąd 30-tysięczne miasteczko. Kosztowało to 90 mln zł
(dotacja państwa - prawie 30 mln zł).
- Weszliśmy w elektrownie wiatrowe, by zyskać mocną podporę finansową dla
innych działań. Elektrownia miała się zwrócić w ciągu 7 lat. Jednak to,
co miało być podporą, stało się kulą u nogi - stwierdza gorzko Wiśniewski.
Nie, bo nie
Powód jest prosty. Gdy przyszło do sprzedaży zielonego prądu, zakłady
energetyczne roześmiały się przedsiębiorcom w twarz.
- Większość stwierdziła, że nie kupi naszego prądu. Nie i koniec - mówi
Wiśniewski. - Z wielkim trudem podpisaliśmy umowę z jednym, jedynym odbiorcą.
- To proste. Monopoliści bronią się rękami i nogami przed oddaniem kawałka
tortu, który do tej pory sami zajadali - stwierdza Romaniszyn.
Urząd Regulacji Energetyki nie ukarał, choć mógł i miał do tego prawo, żadnego
z dyrektorów ZE.
1 lipca Polskie Sieci Elektroenergetyczne - państwowa firma zajmująca się
przesyłem energii, narzuciły "wiatrakom" nowy regulamin rozliczania
się za dostarczaną energię. Elektrownie muszą planować z 48-godzinnym
wyprzedzeniem, ile prądu wyprodukują. Jeśli wyprodukują za dużo, zapłacą
karę. Jeśli za mało - też.
- Musiałbym zatrudnić jasnowidza, który będzie mi przepowiadał, jaki będzie
pojutrze wiatr pod Darłowem, bo od tego zależy, ile prądu wyprodukuje farma -
zżyma się Wiśniewski.
"Wiatrakowcy" interweniowali u prezesa URE. Ten rozłożył ręce.
Turbiny nadal się kręcą, ale już za darmo. - Dostarczam energię do sieci,
ale nie jestem w stanie rozliczyć się z zakładem energetycznym. Więc nie
dostaję ani złotówki. Co mam robić!? Oddałem sprawę do sądu - denerwuje
się Wojciech Romaniszyn. Jest na granicy bankructwa.
Finał w sądzie
Co na to Eko Fundusz, który z pieniędzy podatników wydał miliony na dotacje
budowy elektrowni wiatrowych? - Na tę sprawę patrzymy z coraz większym
poirytowaniem. Przecież nie wydaliśmy 35 milionów dotacji po to, by postawić
nikomu niepotrzebne pomniki!!! - mówi Mariusz Popiołek z Eko Funduszu. -
Oczekujemy rzeczywistych efektów. Albo URE, albo minister gospodarki musi
pogodzić interesy farm i zakładów energetycznych. .
Promocje:
|
|