|
Co dalej z ekologiczną energetyką w Niemczech?... Choć cała niemiecka gospodarka tkwi w recesji, to energetyka wiatrowa kwitnie - w ciągu ostatnich 12 lat zainstalowana moc turbin wzrosła 600-krotnie, a pracę przy produkcji urządzeń wiatrowych znalazło ponad 40 tys. osób.
Choć cała niemiecka gospodarka tkwi w
recesji, to energetyka wiatrowa kwitnie - w ciągu ostatnich 12 lat
zainstalowana moc turbin wzrosła 600-krotnie, a pracę przy produkcji urządzeń
wiatrowych znalazło ponad 40 tys. osób. Jednak nad branżą zbierają się
już pierwsze chmury
Kto podróżuje przez północne Niemcy, ten nie przeoczy na piaszczystych równinach
kilkudziesięciometrowych białych masztów zakończonych głowicami potężnych
rotorów. Wyrosły błyskawicznie w ciągu ostatniej dekady, podczas gdy w
1990 r. w Niemczech było tylko 548 masztów wiatrowych o mocy 18 MW, to dziś
jest ich prawie 14 tys. o łącznej mocy ponad 12 tys. MW!
- Niemcy są mistrzem świata w energii wiatrowej i znacznie wyprzedzają
konkurentów - z zadowoleniem skonstatował w zeszłym roku ówczesny minister
gospodarki Werner Müller. - Jedna trzecia mocy zainstalowanej na całym świecie
przypada na Niemcy.
W rekordowym roku 2001 obroty branży wyniosły 3,5 mld euro, a moc siłowni
wzrosła o 60 proc. Dziś wiatr dostarcza 3,75 proc. energii zużywanej w
Niemczech (według danych organizacji ekologicznej Worldwide Watch za 2002 r.,
a w regionach nadmorskich nawet 15-30 proc.).
Co ważniejsze, sektor energetyki wiatrowej: a więc projektanci i producenci
urządzeń, monterzy oraz właściciele siłowni dają dziś pracę rosnącej
rzeszy ludzi. Jest to tym ważniejsze, że ze względów meteorologicznych siłownie
wiatrowe skupiają się na niezbyt uprzemysłowionej północy Niemiec, gdzie
o pracę wyjątkowo trudno, bezrobocie jest ponadprzeciętnie wysokie i
okolica się wyludnia. Wszystkie osiem wiodących firm tej branży ma siedziby
w północnych Niemczech, aby skrócić kosztowny transport gigantycznych
turbin i wież. W ubiegłym roku w tej bardzo pracochłonnej branży zarobek
znalazło w całych Niemczech 43 tys. osób, o 3 tys. więcej niż rok wcześniej.
Nic dziwnego, że najbiedniejszy niemiecki land - nadbałtycka
Meklemburgia-Pomorze Przednie, licząca tylko 2 mln mieszkańców - wielkie
nadzieje pokłada właśnie w biznesie związanym z wiatrem. W wewnętrznej
prognozie landowego rządu mowa jest o 1,5 tys. nowych miejsc pracy w tym
sektorze w najbliższych latach, a więc - jak mówi szef wydziału przemysłu
w ministerstwie gospodarki Frank Mecklenburg - o potrojeniu zatrudnienia w porównaniu
ze stanem obecnym.
Dlaczego powiało?
- Dzięki polityce państwa - przyznaje w rozmowie z "Gazetą"
Christian Hinsch z branżowego Związku Energetyki Wiatrowej "WindEnergie".
Już w 1991 r. rząd Niemiec uchwalił ustawę o zasadach dostarczania prądu
do sieci przez producentów energii faworyzującą producentów przyjaznych
dla środowiska. 1 kwietnia 2000 r. zastąpiła ją ustawa o priorytecie
energii odnawialnych, która zobowiązała właścicieli sieci energetycznych
do kupowania od producentów energii wiatrowej czy słonecznej "prądu
ekologicznego" po zagwarantowanych cenach minimalnych przez 20 lat. Dla
prądu z wiatru wynosi ona dziewięć eurocentów za kWh i spadnie z biegiem
czasu do około sześciu centów. Na zakup prądu z wiatru właściciele sieci
wydali w 2001 r. 950 mln euro.
Celem ustawy jest 12,5-proc. udział energii odnawialnych w bilansie
energetycznym kraju w 2010 r. (to cel, jaki stawia sobie cała UE). Dla porównania
w 1998 r. było to 5,2 proc., w 2002 r. już 8 proc. Jest jeszcze specyficznie
niemiecka przyczyna boomu energii odnawialnych - trzeba czymś zastąpić prąd
uzyskiwany z atomu, skoro elektrownie jądrowe zostaną zamknięte do 2020
r.Latem ub.r. minister gospodarki Werner Müller konstatował: - Ten pozytywny
rozwój sytuacji zawdzięczamy zasadniczo ustawie o energiach odnawialnych.
- Ustawa daje inwestorom w tej branży bardzo duże bezpieczeństwo
inwestycyjne na długi okres, bo aż na 20 lat - potwierdza Christian Hinsch.
Dodatkowo państwo i landy przyznają inwestorom korzystne kredyty na budowę
siłowni wiatrowych w ramach programów wspierania przedsiębiorczości i
nowoczesnych technologii.
Psują krajobraz
Czy nie jest to boom na glinianych nogach? Czy energia wiatrowa ma szanse
kiedykolwiek się opłacać?
Aby to ocenić, trzeba najpierw odpowiedzieć, czy w Niemczech wieje
wystarczająco silny i stały wiatr. Pod tym względem branża i eksperci są
podobnie sceptyczni - warunki naturalne Niemiec nie są najlepsze, odpowiednio
silne i stałe wiatry wieją tylko w rejonach nadmorskich, a te są już
zabudowane wiatrakami. Nowo ustawiane turbiny w głębi landu są mniej
wydajne i mimo że często się obracają, nie dają opłacalnych ilości prądu.
Nadzieją branży są planowane siłownie morskie ustawiane zarówno w strefie
przybrzeżnej, jak i na pełnym morzu.
Przeciwnicy energetyki wiatrowej (są i tacy, a rząd uważa, że ich liczba
rośnie, protestują przeciwko gigantycznym wiatrakom, bo psują krajobraz,
szkodzą turystyce, hałasują jak przelatujące w oddali samoloty i powodują
nużące efekty stroboskopowe, a przede wszystkim są zbędne i
nieekonomiczne) twierdzą, że wiatraki dostarczają prądu średnio tylko
przez 77 dni w roku, podczas gdy przez pozostałych 288 dni stoją w miejscu.
A ponieważ nie sposób przewidzieć, kiedy wiatr zawieje, potrzebna jest
rezerwa prądu z elektrowni tradycyjnych - węglowych i atomowych. To zaś
unicestwia efekt ekologiczny, zwłaszcza docelowe mniejsze wydzielanie
dwutlenku węgla. W praktyce 14 tys. wiatraków pokrywa nie prawie 4 proc.,
lecz tylko 1 proc. niemieckiego zużycia prądu - czytamy na internetowej
stronie przeciwników energii wiatrowej.
- To prawda, że prąd z wiatru jest niestały, ale nieprawda, że potrzeba
potężnej rezerwy mocy w elektrowniach konwencjonalnych - mówi Christian
Hinsch ze związku branżowego WindEnergie.
Bo tak naprawdę nikt nie wie, ile rezerwy potrzeba, a problem można łatwo
rozwiązać, zastępując ociężałe elektrownie węglowe czy na ropę
nowoczesnymi elektrowniami na gaz ziemny, których wydajność można szybko
przestawić.
- Korzystanie z energii wiatru nigdy nie będzie w Niemczech opłacalne w porównaniu
z innymi rodzajami elektrowni, ale w tym wypadku nad ekonomią góruje
polityczna decyzja ekologiczna - zmniejszenie wydzielania dwutlenku węgla, i
jest to oczywiście uprawnione - mówi "Gazecie" Jochen Diekmann,
ekonomista, specjalista ds. energetyki w Niemieckim Instytucie Badań
Gospodarczych DIW w Berlinie. - Nie można zakładać, że zbudowanie wiatraka
o mocy 1 MW zastąpi blok konwencjonalnej elektrowni o takiej samej mocy.
Konieczność rezerw nie przemawia przeciwko energii wiatrowej, zwłaszcza
regionalnie, tam gdzie wiatr może mieć znaczny wkład do bilansu
energetycznego.
Ustawę o priorytecie energii odnawialnych krytykują konwencjonalne koncerny
energetyczne, np. EON. Zdaniem rzecznika EON Energie Alexandra Landa ustawa
nie zachęca producentów urządzeń i energii do obniżania kosztów i
stwarza inwestorom "złudne bezpieczeństwo, coś w rodzaju
gwarantowanego przez państwo zysku". - Widać to już po tym, że koszty
inwestycji w energetyce wiatrowej i słonecznej spadły nieznacznie, przez co
urządzenia do elektrowiatraków można kupić za granicą taniej niż w
kraju, który sam uważa się za mistrza świata w tej branży - mówi
"Gazecie" Land.
Jednak mimo to EON też inwestuje w energetykę wiatrową - ma 140 MW mocy w
turbinach i pracuje nad planami wiatraków morskich.
Chmury nad wiatrakami
Bo branża wciąż kwitnie i ustawa daje jej stabilne perspektywy, choć nad
horyzontem zbierają się pierwsze chmury. W kwietniu jeden z potentatów branży
- Nordex - zameldował o spadku zamówień i problemach z finansową płynnością,
a giełdowi analitycy w agencyjnych depeszach głosili, że cała branża ma
"marne szanse wzrostu".
W I kwartale br. energetyka wiatrowa zanotowała pierwszy od siedmiu lat
spadek mocy nowo instalowanych turbin - od stycznia do marca zamontowano tylko
370 MW mocy, o 100 MW mniej niż w I kwartale 2002. Na cały 2003 r. związek
branżowy WindEnergie przewiduje spadek nowo zainstalowanej mocy turbin o 10
proc. - z 3250 MW do 3000 MW.
O tym, że niemiecki rynek wiatrowych turbin jest zapchany, wiedzą wszyscy
obserwatorzy. - Najlepsze stanowiska na lądzie są już zajęte, sprzedaż na
ich potrzeby zaczyna spadać - mówi ekonomista Diekmann. - Państwo usiłuje
wspierać eksport technologii i sprzętu za granicę, nadzieje pokłada się
też w wymianie starszych i słabszych turbin na potężniejsze oraz w siłowniach
na pełnym morzu.
Przedstawiciele branży uważają, że przyczyną spadku są przedłużające
się bardzo skomplikowane formalności związane z uzyskiwaniem zezwoleń na
budowę nowych wiatraków oraz powolną wymianę starych turbin na nowe.
Nowoczesne wiatraki mają ponad 100 m wysokości i ich ustawienie musi być
uzgodnione np. także z władzami lotniczymi kraju.
Kłopoty przemysłu to kłopoty zatrudnionych. Aby branża była w stanie
zatrudniać na dłuższą metę dzisiejsze 40 tys. osób, musi wzrosnąć
eksport - w ciągu pięciu lat z 20 do 60-70 proc. produkcji - przyznają
producenci turbin. Rząd uruchomił rok temu program wspierania eksportu urządzeń
i technologii energetyki wiatrowej. Rynek zbytu jest, bo według szacunków
Niemieckiego Instytutu Energetyki Wiatrowej do 2010 r. moc zainstalowanych na
całym świecie turbin wzrośnie z 25 tys. do 120 tys. MW.
Kierunek: morze
Największą nadzieją branży i lokalnych polityków są jednak siłownie na
morzu, bo dopiero wiatry morskie dają szansę prawdziwej opłacalności. Z
drugiej strony jest to technologia niezwykle kosztowna - ze względu na
rozmiary masztów i turbin, trudności z montażem i serwisem oraz transmisją
energii na ląd. Do tej pory w Niemczech nie uruchomiono jeszcze ani jednej siłowni
morskiej, na przełomie 2004/05 r. jesienią przy ujściu rzeki Warne pod
Rostockiem ma ruszyć urządzenie doświadczalne. W planach jest też "wiatrakowisko"
w pobliżu wyspy Borkum na Morzu Północnym.
Wciąż niezakończone są badania nad wpływem gigantycznych masztów i
turbin na środowisko naturalne, zwłaszcza na morskie ssaki i ptaki wędrujące,
ale także nad utrudnieniami dla żeglugi, turystyki, rybołówstwa, przemysłu
naftowego i wojska. Nawet rządowi eksperci przewidują, że konflikty wokół
instalacji wiatraków morskich będą się nasilać i że akceptacja społeczna
dla tej branży będzie raczej spadać.
Według planów rządu federalnego do 2006 r. na pełnym morzu (tj. poza strefą
przybrzeżną) ma zostać zainstalowanych 500 MW mocy, a docelowo, do 2030 r.,
na Bałtyku i Morzu Północnym mają pracować turbiny o mocy nawet 25-30
tys. MW, a to stanowiłoby 15 proc. zużycia prądu w Niemczech.
Byłby to ogromny sektor gospodarczy zapewniający pracę kolejnym 30 tys. osób.
Nadmorskie landy widzą w tej technologii także szansę dla ledwo zipiących
stoczni, które mogłyby produkować i montować turbiny i maszty bądź
statki do ich transportu i montażu.
Czy tak się stanie? Dziś to wróżenie z fusów. Na razie sektor energii
odnawialnych, w tym największy jej dział energetyki wiatrowej są zbyt małe,
aby stać się impulsem napędzającym koniunkturę na szerszą skalę - mówi
ekonomista Jochen Diekmann.
To jednak, czy wiatraki kiedykolwiek będą się opłacać na wolnym rynku,
zależy nie tylko od kosztów wytwarzanej przez nie energii, ale także od cen
prądu z innych surowców. - Jeśli inne źródła energii staną się
trudniej dostępne i rzadsze, to prąd z wiatru może wyjść z niszy. Nie
stanie się to jednak w ciągu najbliższych dekad - przewiduje berliński
ekonomista.
Promocje:
|
|