|
Powrót do atomu... Działające od wielu lat zespoły elektrowni jądrowych, który miały już pójść na złom, i to niemalże za bezcen, nagle uzyskały bardzo dobre notowania.Działające od wielu lat zespoły elektrowni jądrowych, który miały już
pójść na złom, i to niemalże za bezcen, nagle uzyskały bardzo dobre
notowania. Jedna z największych central atomowych w stanie Vermont, pracująca
od 27 lat, miała być właśnie zamknięta, ale pojawił się inwestor gotów ją
przejąć i ponownie uruchomić, w dodatku za godziwą cenę.
Dzieje się to w chwili, gdy amerykańska energetyka jądrowa znajdowała się
już jakby w odwrocie, zwłaszcza że z Europy dochodziły dzikie pokrzykiwania
Zielonych. Od czasu, gdy w roku 1979 nastąpiła awaria - niezbyt zresztą groźna
i szybko opanowana - w amerykańskiej elektrowni Three Miles Island w
Pensylwanii, a zwłaszcza po katastrofie Czarnobyla, której piętnastolecie właśnie
obchodzimy, ogólne przestraszenie energią nuklearną spowolniło prace
projektowe w tej dziedzinie, choć fachowcy zasadnie uważają, że nie
doczekaliśmy się dotąd sensownej alternatywy, a nowe rozwiązania
technologiczne pozwalają zminimalizować ryzyko i niepomiernie zwiększają
bezawaryjność reaktorów. Kiedy kilka dni temu przez Polskę przejeżdżał
pociąg z paliwem dla czeskiego reaktora w Temelinie, donoszono o tym w takim
tonie, jakby chodziło o pociąg zarażony dżumą - tymczasem cała operacja była
nieszkodliwa, a obawy irracjonalne.
 |
 |
 |
| Dziś najbardziej przez
Zielonych zaatakowane kraje to Szwecja i Niemcy |
|
Co więc spowodowało ten ostatni zwrot? Po pierwsze, gwałtowny wzrost ceny
gazu. Po drugie, coraz wyraźniejsze energetyczne niedobory. Przed dwoma laty
nabywcy płacili 100 dolarów za jeden megawat mocy, teraz płaci się zań
blisko osiem razy więcej. W 1990 roku gaz był głównym paliwem dla nowo
planowanych wielkich zespołów energetycznych. Elektrownie atomowe dostarczają
obecnie w Stanach Zjednoczonych około 20 procent energii - to nie jest mało.
Dotychczas sądzono, że ich właściciele nie będą odnawiać licencji,
rezygnując z nich na rzecz konwencjonalnych elektrowni opartych na paliwie
gazowym - teraz jednak się to zmieniło. Pieniądz decyduje o wszystkim i jest
w pewnym sensie także ponad obawami o bezpieczeństwo.
Wskrzeszenie przemysłu atomowego dało pretekst do debaty nad polityką
energetyczną nowej administracji Busha. Administracja ta mówi, że nuklearne
siły powinny być jednym z fundamentów narodowej energetyki.
Krytycy z tak zwanej Union Concerned Scientist - nie wiem, jak to przetłumaczyć,
"zatroskani" nie brzmi szczęśliwie, a "zainteresowani" to
trochę za mało - wyrażają obawę, że daleko posunięty wiek amerykańskich
jednostek atomowych i trudność rekrutacji zręcznych operatorów stanowią
najsłabsze ogniwo bezpieczeństwa operacyjnego. Rozwiązaniem ma być
automatyzacja, ale skądinąd wiadomo, że nieawaryjne technologie nie istnieją.
Jednak od czasu awarii na Three Miles Island nie zdarzył się w Stanach
Zjednoczonych żaden poważny wypadek. Nowe korzystne warunki opodatkowania i
pomoc regulacyjna uczynią stare urządzenia pewniejszymi, ułatwią też
produkcję nowych.
Wszystko to nie jest bez znaczenia dla Europy, która w tej dziedzinie przeżyła
w minionych dziesięcioleciach same klęski. Najpierw był austriacki
Zwentendorf. De mortuis nil nisi bene, ale nieboszczyk kanclerz Bruno Kreisky
zachował się trochę jak osioł: kiedy tamtejsza elektrownia stała już
gotowa, niemal pod klucz, zorganizował referendum, w którym pięćdziesiąt i
sześć dziesiątych procenta głosujących powiedziało "nie"; w
rezultacie zmarnowano miliardy. Dziś najbardziej przez Zielonych zaatakowane
kraje to Szwecja i Niemcy; we Francji, gdzie elektrownie atomowe stanowią
bardzo istotną część źródeł energii, nikt jakoś nie umiera ze strachu.
Natomiast kiedy przez Niemcy przejeżdża pociąg z odpadami z francuskich
elektrowni, niewyżyta wojennie młodzież niemiecka znajduje wielką rozkosz w
przykuwaniu się do torów, podwieszaniu pod wiaduktami i innych spektakularnych
czynnościach, które - nawiasem mówiąc - bardzo lubi z kolei telewizja.
Napisałem tu już, i zdanie moje podtrzymuję, że czynność taka jest
nonsensowna: jeśliby bowiem nawet przyjąć, że pociąg taki zaszkodzić może
otoczeniu, to zatrzymywanie go w jednym miejscu szkodliwość tę niewątpliwie
potęguje.
Osobiście sądzę, że i dla Polski nie ma innego wyjścia, jak wznowić budowę
w Żarnowcu, choć z drugiej strony nie bardzo wierzę w jej powodzenie. Od lat
przecież mówi się o autostradach - i żadne nie powstają, więc z
elektrowniami atomowymi byłoby pewnie jeszcze gorzej.
Nawrót do energetyki jądrowej zwiększy też niewątpliwie zainteresowanie jej
stroną teoretyczną. Będzie się w dalszym ciągu doskonaliło technologie
produkcji i systemy zabezpieczeń. Rząd Busha chce zasadniczo zmienić ustawę
ograniczającą odpowiedzialność producentów w przypadku awarii nuklearnych;
sprawy dotyczące atomowych źródeł mocy są w Ameryce pod władzą praw
federalnych, nie stanowych. Przypomina się też delikatnie, że powrót do
energetyki jądrowej i jej rozbudowa zmniejszy wyrzucanie spalin w atmosferę (w
książce "Świat na krawędzi" pisałem, jak straszne ilości
rozmaitych toksycznych i szkodliwych substancji wydalają konwencjonalne
elektrownie cieplne). To zaś oznacza udanie się w stronę regulacji podjętych
na konferencji w Kioto w sprawie zmian klimatu i tak zwanego efektu
cieplarnianego; regulacji, które Ameryka jak dotąd raczej kontestowała. Swoją
drogą znane powiedzenie Stanisława Lema, że im bardziej klimat się ociepla,
tym jest zimniej, niestety się sprawdza. Za oknem widzimy niesłychane
ocieplenie: okres wegetacji opóźnił się w tym roku niemal o miesiąc, grozi
za to fala powodzi.
Pozostaje oczywiście nierozwiązany, niosący rozmaite niebezpieczeństwa i
stanowiący przyczynę nieustannej kontestacji problem składowania zużytych
materiałów nuklidowych. Rosja putinowska, która ma olbrzymie obszary
praktycznie nie zaludnione, a przy tym bardzo potrzebuje pieniędzy, okazuje
gotowość przyjęcia znacznej ilości radioaktywnych odpadów. W Ameryce padła
propozycja, by w tym roku administracja Busha opracowała odpowiedzialny
politycznie plan, zawierający rozwiązania bardziej długoterminowe. Ostatnio mówi
się o górach Nevady; wszyscy są za i tylko w Nevadzie nikt się nie cieszy...
Pisałem już, że najlepszym śmietniskiem atomowym byłby Kosmos: niestety
wyrzucenie w Kosmos jednego kilograma czegokolwiek kosztuje na razie zbyt wiele.
Mówiło się od lat, że będziemy kiedyś mieli czystą energię z fuzji
termojądrowej, jak w gwiazdach. Może to nie jest marzenie ściętej głowy, może
nawet w pierwszej połowie tego stulecia dojdzie do pokonania technicznych
trudności, wtedy problem resztek przestanie być tak istotny. Widziałem już u
nas pierwsze ogłoszenia reklamowe, zachęcające właścicieli domów, by
wbudowali sobie w dach wielopłytkowe urządzenie pochłaniające energię słoneczną.
Domu zimą się w ten sposób nie ogrzeje, ale ciepłą wodę w lecie zapewnić
już można. Działanie tego urządzenia zależne jest jednak od stopnia
zachmurzenia i tak dalej. Ostatnio też czytałem artykuł pełen zdziwienia, że
my na Ziemi żyjemy na cieniutkiej skorupie, pod którą znajduje się płynna
lawa. Nie możemy jednak ze zmagazynowanej tam energii korzystać, kiedy się
bowiem zrobi w Ziemi dziurę głębszą niż osiem-dwanaście kilometrów,
wszystko, co się w nią wsadzi, ulegnie zaraz stopieniu. Pędzimy więc przez
Kosmos siedząc na okrągłej beczce prochu, a równocześnie szukać musimy
drewienek, żeby skrzesać nieco ognia i trochę się rozgrzać.
Nikt, zdaje się, nie dokonał globalnego salda i nie próbował dokładnie określić,
w jakim procencie opór przeciw energii atomowej wywołany jest lękliwością
społeczeństwa podsycaną przez media, w jakim zaś wynika z rzeczywistych
potencjalnych zagrożeń. Dotyczy to także innych dziedzin. Słyszymy ostatnio
wiele o tak zwanym "elektromagnetycznym smogu". Jedni twierdzą, że
nie ma nic bardziej niezdrowego i że nadzwyczaj niebezpieczne jest częste sięganie
po telefon komórkowy, a już nie daj Bóg postawić dom pod liniami wysokiego
napięcia. Wedle innych negatywny wpływ tak zwanych komórek na nasze zdrowie
jest żaden, a osoby bardzo ostrożne mogą po prostu używać kabelka z wtyczką
do ucha. Ostatnio we Włoszech rozpoczęła się awantura wokół nadajnika
Radia Watykańskiego, które, nie mając dalszych stacji przesyłowych, wali z
większą mocą, aniżeli przewiduje to prawo włoskie, bardzo zresztą w tym
punkcie restrykcyjne; kierownictwo stacji zgodziło się już zmniejszyć liczbę
godzin emisji.
Ogólny wniosek jest taki: ludzi na Ziemi będzie coraz więcej, tłok rośnie,
zapotrzebowanie na energię także. Bez względu na to, jaką postać energii użytkujemy,
czy są to węglowodory płynne, czy gazowe, czy też nuklidy, zawsze pojawią
się problemy. Od podobnych zmartwień wolni są jedynie siedzący na wielbłądach
Beduini: nie mają prądu, mają za to jeden garb przed sobą, drugi za sobą i
więcej im nie potrzeba.
Promocje:
|
|