|
Auto z wiatrakiem na dachu. Rozmowa z dr. Wojciechem Grochalą... Czy wodorowe auta będą równie nieszkodliwe jak czajniki?
Do ogniwa paliwowego wlatuje wodór z baku i tlen z powietrza.
Dzięki platynowej elektrodzie atomy wodoru rozpadają się na
elektrony i protony. Specjalna membrana przepuszcza tylko
protony, zmuszając elektrony do drogi okrężnej przez silnik
auta. Po drugiej stronie membrany cząstki wodoru łączą się
z tlenem, tworząc parę wodną.
Rys. Piotr Socha
Kiedy przesiądziemy się do aut na wodór?
Będzie jak z komórkami - 15 lat temu mało kto mógł sobie na nie pozwolić,
dziś ma je prawie każdy, nawet po kilka sztuk. Przypuszczam, że ok. 2020
roku technologia wodorowa znajdzie się na podobnym etapie rozwoju jak
telefony komórkowe przed 15 laty: wodór będzie tylko niewiele droższy od
benzyny, ogniwo wodorowe od klasycznego silnika, a wodorowy bak od zwykłego
zbiornika na paliwo.
To realny scenariusz?
Na science fiction nikt nie wykładałby tak olbrzymich pieniędzy. Sam rząd
USA na stworzenie samochodu na wodór przeznacza 40 mln dolarów rocznie.
Firmy prywatne dorzucają do tego 150 mln. Amerykański rządowy program
rozwoju ogniw paliwowych, czyli odpowiednika dotychczasowych silników, to
dodatkowe 340 mln dolarów plus proporcjonalnie większe pieniądze z firm
prywatnych. NASA też ma swoje - najczęściej ściśle tajne - programy. W
sumie w samych Stanach wydaje się więc na technologie wodorowe około
miliarda dolarów rocznie.
Są jakieś konkretne rezultaty?
Już dziś po świecie jeździ pół setki samochodów na wodór z ogniwami
paliwowymi. Kilkanaście prototypów zrobiło BMW w 1999 roku. W podobne
projekty szybko zaangażowały się Honda i Toyota, a ostatnio General Motors.
To dziś najważniejsi gracze, choć i mniejsze firmy uważają za punkt
honoru, by wyprodukować swój model samochodu na wodór. Na razie takie auta
jeżdżą na stałe na lotnisku we Frankfurcie, gdzie mają nawet specjalną
stację "wodorową". Autobusy testowe kursowały też w Vancouver i
Chicago, a od niedawna jeżdżą po Londynie. Zrobiono też pierwszy krok w
stronę komercjalizacji - pod koniec 2002 roku Honda i Toyota wypuściły w
Kalifornii i w Japonii pierwszych kilkanaście wodorowych aut na sprzedaż.
Droga taka limuzyna?
Kilka razy droższa od bardzo dobrego samochodu. Kosztuje nawet ćwierć
miliona dolarów. Dlatego dziś to głównie modna zabawka dla zamożnych
ludzi, którzy chcą pokazać, jak bardzo są ekologiczni. Na podobnej
zasadzie w Niemczech sprzedaje się dwa rodzaje energii: tańszą, ale brudną
i droższą, ale czystszą. Wielu wybiera droższą. Od takiej ekskluzywnej
niszy odbiorców zaczyna każde novum...
Czajnik na kółkach
Po co w ogóle robić auta na wodór? Ze strachu przed efektem
cieplarnianym? Przejmujesz się nim?
Ja nie bardzo Ale niektóre rządy tak. Wiele państw stawia coraz wyższe
wymagania ekologiczne i to nakręca ten biznes. Islandia deklaruje chociażby,
że ze względu na swoje źródła geotermalne już za 30 lat stanie się
krajem korzystającym wyłącznie z energii odnawialnej. Ale Islandczycy nie
załatwią przecież wszystkich swoich potrzeb za pomocą ciepłych źródeł.
Domy ogrzeją, energię konieczną do zapalenia żarówek uzyskają - to fakt,
ale muszą też mieć co wlać do baku.
Na przykład wodór?
Właśnie.
Czy wodorowe auta są rzeczywiście równie nieszkodliwe jak czajniki - z
rur wydechowych wydobywa się wyłącznie para wodna?
To przyszłość. Na razie wodór wcale nie jest taki przyjazny dla środowiska.
Choć podczas jego spalania zamiast dwutlenku węgla i innych zanieczyszczeń
faktycznie powstaje tylko para wodna, to trzeba jeszcze uwzględnić, skąd się
ten wodór wziął. Dziś jest on prawie w 100 procentach wytwarzany z ropy
lub węgla. A dla przyrody to obojętne, czy dwutlenek węgla pochodzi bezpośrednio
z nieekologicznego samochodu, czy pośrednio z produkcji paliwa wodorowego w
nieekologicznej fabryce.
To dlaczego ekolodzy walczą o auta na wodór?
Bo wierzą, że wodór to wymarzone ekologiczne paliwo przyszłości.
Wytwarzane z wody z całkowitym pominięciem paliw kopalnych. Już Jules Verne
w 1874 roku pisał: "Wierzę, że przyjdzie dzień, gdy wodór i tlen, które
razem tworzą wodę, będą użyte jako niewyczerpalne źródło ciepła i światła".
To były prorocze słowa.
Ale woda sama się w wodór nie zamieni. Trzeba mieć do tego energię. Skąd
ją brać?
Załóżmy, że nie będziemy korzystać z energii jądrowej, bo ona ostatnio
nie jest zbyt lubiana i bywa niebezpieczna. Można jednak wykorzystać źródła
odnawialne: promieniowanie słoneczne (np. na Florydzie czy Hawajach), wiatr
(Szkocja, Szwecja, Norwegia), hydroenergię (Norwegia, Szwajcaria, Rumunia)
czy wspomniane źródła geotermalne (Islandia). Są miejsca na Ziemi, gdzie
wodór już dziś powstaje w sposób całkowicie ekologiczny z rozkładu wody.
Choć w ten sposób wytwarza się co najwyżej jeden procent światowej
produkcji wodoru, wielu marzy, że ta metoda dostarczy całkowicie czystego
paliwa przyszłym pokoleniom. Problem w tym, że proces hydrolizy, czyli
zamiany wody w wodór i tlen, ma na razie niewielką wydajność.
Po co zamieniać energię odnawialną w wodór zamiast od razu w prąd
elektryczny?
Przecież nie możemy postawić sobie wiatraka na dachu samochodu! Dla potrzeb
transportu najpierw trzeba energię gdzieś wytworzyć, potem ją zmagazynować,
a na końcu wykorzystać. Jeżeli ma się fabrykę koło wiatraków, to oczywiście
można się obejść bez wytwarzania i magazynowania wodoru. Ale - jak wspomniałem
na przykładzie Islandii - do samochodowego baku prądu nie nalejecie.
Jak wycisnąć z węgla ropę?
Nie za wcześnie na przewidywanie nadejścia ery wodoru? Przecież zasoby
paliw naturalnych wystarczą nam jeszcze na dziesięciolecia.
Niektóre prognozy zakładają, że pierwsze kłopoty z ropą pojawią się już
za ok. 15 lat. Choć zapasy wystarczą co najmniej do roku 2050, to wcześniejsze
problemy mogą wynikać z zachwiania relacji popyt-podaż. Za 20 lat Stany będą
zużywać o 80 proc. więcej energii niż dziś. Co prawda jest jeszcze gaz, ale
on skończy się wkrótce po ropie.
A węgiel?
Od węgla odchodzi się, choć będzie go pod dostatkiem jeszcze przez kilkaset
lat. Podczas spalania węgla wydziela się znacznie więcej CO2 na jednostkę
energii, a do tego dochodzą jeszcze zanieczyszczenia atmosfery związkami
siarki i azotu. Ale to wcale nie znaczy, że następcą ropy nie zostanie właśnie
węgiel. Możemy iść śladem RPA z czasów wojny, czyli wytwarzać paliwa ciekłe
z węgla i wody. Jest to co prawda droższe, ale możemy nie mieć wyjścia.
Ekolodzy szybko podniosą alarm, ale pewnie przestaną go podnosić, gdy nie będą
mieli czym dojechać do pracy. Takie paliwa byłyby zbliżone właściwościami
do ropy. Moglibyśmy je tankować na zwykłej stacji benzynowej do zwykłego
samochodu i przesyłać zwykłym rurociągiem.
Czy potężne firmy paliwowe nie będą zatem tłumić rozwoju aut na wodór
- przynajmniej do czasu wyczerpania zapasów paliw kopalnych?
Nie sądzę. To dla nich najlepszy moment, by wykupić ten biznes, zanim zacznie
im zagrażać. Tylko muszą mieć co wykupić.
Wyobraźcie sobie, że teraz jestem najbogatszym facetem, ale za 50 lat moje
zapasy się skończą. Co dziś robić z nadwyżką gotówki? Najlepiej
zainwestować w dziedzinę, która zastąpi wydobycie ropy. Zarówno Arabowie,
jak i Norwegowie odkładają znaczną część dochodów z ropy na fundusz dla
przyszłych pokoleń. Mogą go teraz wykorzystać.
Gdy BMW wyprodukowało pierwsze pokazowe auta na wodór, to wyruszyły one w
podróż dookoła świata właśnie z Dubaju, stolicy Zjednoczonych Emiratów
Arabskich, jednego z głównych producentów ropy. Dlaczego? By pokazać, że są
alternatywne rozwiązania wobec ropy, a szejkowie powinni się tej technologii
bacznie przyglądać i współfinansować jej rozwój.
Paliwo ulotne niesłychanie
Załóżmy, że mamy już tani, ekologicznie wytwarzany wodór. Co dalej?
Trzeba go zmagazynować, czyli zrobić bak. Można postępować na trzy sposoby.
Pierwszy, najbardziej popularny, to sprężanie gazu pod wysokim ciśnieniem.
Niemcy już zatwierdzili do użytku samochodowe baki, do których wodór wtłacza
się za pomocą 550 atmosfer. To straszne ciśnienie - butle muszą mieć bardzo
grube ścianki, specjalne zawory. A w laboratoriach testuje się baki wytrzymujące
nawet 800-1000 atmosfer.
Tyle że pojawia się tu problem: wodór ucieka. Nawet z najlepszych baków
wylatuje dziennie ok. 1,5 proc. gazu. Po miesiącu jest więc go aż o 30 proc.
mniej. Wodór ucieka, bo jest najmniejszą cząsteczką, która z ogromną łatwością
przenika przez ciała stałe. To bardzo nieprzyjemne uczucie, jak człowiek płaci
za coś, co mu potem znika.
Na dodatek bak, który wytrzymuje 800 atmosfer, musi być strasznie ciężki.
To kolejny problem. Żeby opłacało się taki bak wozić, to przy obecnych
cenach paliwo - a więc czysty wodór - musi stanowić minimum 7 proc. jego
wagi. Reszta to byłby złom utrzymujący w zamknięciu te kilkaset atmosfer.
Gdyby gazu było mniej, energia wodoru z trudem wystarczałaby na wożenie baku.
Dziś najlepsze baki są rzeczywiście potwornie ciężkie - po napełnieniu
paliwo nie przekracza 13 proc. ich masy.
Ile takie auto będzie paliło na setkę?
Okazuje się, że te 13 proc. to wcale nie tak mało, bo wodór jest ponad
2,5-krotnie bardziej wydajny od benzyny. Takie auto zużywa ok. 1,6 kg wodoru na
setkę. Do przejechania 600 km małym samochodem potrzeba więc 9,4 kg wodoru
(to tyle co 35 litrów benzyny, czyli 25 kg). Wychodzi więc na to, że dla
utrzymania tych niespełna 10 kg bak sam musi ważyć ponad 60 kg (dla porównania
- waga zwykłego plastikowego baku na 50 l benzyny to ok. 5-7 kg).
A nie da się wodoru skroplić?
Do tego potrzeba nie tylko wysokiego ciśnienia, ale i ekstremalnie niskiej
temperatury, rzędu minus 250° C, i skroplenie wodoru w rezultacie kosztuje
bardzo drogo. Na dodatek bak musiałby być chłodzony przez cały czas, bo nie
wystarczy tylko początkowe schłodzenie wodoru i zamknięcie go w szczelnej
butli. Rezultat? Wozimy jeszcze cięższy bak niż w przypadku gazowego wodoru,
który na dodatek jest lodówką pożerającą ogromne ilości energii. Jedyną
zaletą jest to, że można w nim upchać trochę więcej wodoru niż tego sprężonego
w postaci gazu.
Do tego wszystkiego czysty wodór nie jest chyba zbyt bezpiecznym paliwem?
Gdy złamie się zawór lub pęknie butla, to wodorowy bak staje się małą
torpedą. A jeśli, nie daj Boże, powstanie w wyniku tarcia jakaś iskra, może
nastąpić samozapłon lub wręcz wybuch wodoru wymieszanego z powietrzem. Ale i
tak ryzyko jest mniejsze niż w wypadku benzyny, bo wodór jako lżejszy od
powietrza dość szybko ucieka do góry. Po 11 września lęk przed paliwami
wybuchowymi jest jednak irracjonalnie duży. Dlatego najlepiej, by paliwo przyszłości
w ogóle nie wybuchało.
Wodór w proszku
Może więc paliwo wodorowe sproszkować?
No właśnie. Można to zrobić na dwa sposoby: fizyczny i chemiczny. Metody
fizyczne wykorzystują np. takie małe rureczki szklane - można nimi łatwo wyładować
bak, a potem pod niewielkim ciśnieniem załadować wodór, który się do nich
poprzykleja. Nie zachodzi tam żadna reakcja chemiczna. Taki sposób
przechowywania jest jednak mało wydajny - wodór stanowi góra 1 proc. ciężaru
baku. Choć wielu ludzi próbuje dziś tę technikę ulepszać, ja w nią nie
wierzę.
A w co wierzysz?
W chemię. Z tym że to też wymaga pracy. Najbardziej efektywne materiały, te
zawierające od 5 do 20 proc. wodoru, to substancje, które uwalniają go w
strasznie wysokich temperaturach. W zależności od proszku trzeba taki bak
podgrzać od 250 do 800° C. Są też naturalnie materiały, które oddają wodór
w temperaturze pokojowej, tyle że zawierają go co najwyżej 3,6 proc. W 1997
roku ukazała się przełomowa praca opisująca materiał, w którym wodór
stanowi 5,5 proc. wagi i uwalnia się w temperaturze już 180° C. Ale nadal
trzeba zbyt dużych ciśnień (rzędu kilkudziesięciu atmosfer), by załadować
na nowo taki chemiczny zbiornik.
Jak wyglądałby więc idealny bak?
Byłby to taki cartridge z proszkiem w środku, który można by naładować na
stacji "wodorowej" albo oddawać do wymiany. Wodór powinien uwalniać
się z niego w temperaturze od 60 do 120° C. Ani mniej, ani więcej: nie może
nam bowiem rozsadzać baku, jak słońce przygrzeje, ani też wymagać 200° C,
czyli zużywać zbyt wiele energii. Po drugie, jak już się wodór uwolni, musi
mieć ochotę załadować się z powrotem przy stosunkowo niskim ciśnieniu
(kilku atmosfer). No i wreszcie bak powinien być tani, nietoksyczny i
bezpieczny (np. nie może płonąć po rozsypaniu się proszku). Na razie
prowadzę badania eksperymentalne nad pierwszym czynnikiem i teoretyczne nad
drugim.
Są wyniki?
Odkryłem, że dobierając odpowiednio pierwiastki wchodzące w skład baku, można
w zadziwiająco prosty sposób sterować temperaturą wydzielania wodoru. Dodaję
różne substancje do znanych magazynów tego paliwa i staram się w ten sposób
obniżyć temperaturę uwalniania gazu. Mówiąc po ludzku: dotąd wodór
wylatywał przy temperaturze 400° C, u mnie dzieje się to już przy 200° C.
To gigantyczna różnica, a jeszcze liczę na poprawę, finalnie na jakieś
80-100° C. Po dwóch latach badań niemal połowa moich eksperymentów jest ukończona.
Wyniki teoretyczne ukazały się w tych dniach w marcowym numerze "Chemical
Reviews". Jedynym problemem jest teraz poprawienie efektywności
"przerobu" magazynów paliwa przez odpowiednie dodatki, czyli - mówiąc
naukowo - kataliza.
Chemiczne łapska
Załóżmy, że mamy już taki idealny bak. Co dalej?
Wodoru możemy używać na co najmniej dwa sposoby: spalać jak zwykłą benzynę
albo wykorzystywać w ogniwach paliwowych. Już od dawna znane są silniki
hybrydowe pracujące na wodór albo na benzynę. To rozwiązanie ma jednak
podobne wady jak wszystkie silniki spalinowe - wytwarza się dużo ciepła i
traci energię, niepotrzebnie podgrzewając atmosferę.
Dlatego kiedy będziemy już mieli wodoru pod dostatkiem, dominować będą
ogniwa wodorowe. To taki "cichy chemiczny silnik", który spala wodór
w tlenie lub powietrzu na zimno, bez płomienia, bez hałasu, niczym klasyczne
ogniwo (bateryjka). Dzięki tej technologii można uzyskać bardzo wysoką
wydajność wytwarzania energii. Energia chemiczna paliwa zamieniana jest bezpośrednio
w prąd, który napędza silnik elektryczny; straty cieplne są małe. Samo
ogniwo paliwowe to bardzo sprytny wynalazek pewnego angielskiego lorda jeszcze z
XIX wieku.
Na jakiej zasadzie działa ogniwo?
Składa się ono z dwóch komór (do jednej doprowadzany jest wodór, do drugiej
tlen lub powietrze) przegrodzonych membraną. Membrana to taka chemiczna ośmiornica:
ma łapy (oczywiście chemiczne), które przesuwają w jednym kierunku protony
(kationy wodoru). Ważnym elementem ogniwa są również elektrody, zresztą
bardzo drogie, bo platynowe. Ale to nie tylko ceny elektrod czy membrany powodują,
że ogniwa wciąż nie mogą wejść do masowej produkcji. Światowe zasoby
platyny po prostu nie wystarczyłyby do wytworzenia setek milionów ogniw
koniecznych do powstania odpowiedniej liczby aut.
Dlaczego w ogniwach używa się akurat platyny?
Bo to niezwykły metal. Wyobraźmy sobie, że przylatuje na jej powierzchnię
wodór składający się z supertrwałych cząsteczek H2, które trzeba by
podgrzewać do gigantycznych temperatur, by zechciały się rozpaść na atomy.
Platyna to magiczny materiał, który robi to samo w temperaturze pokojowej i
dodatkowo odbiera od atomów wodoru elektrony.
Czy ogniwa mają inne zastosowanie prócz samochodów?
Jak najbardziej - mogą mieć wielkość od baterii w komórce aż do rozmiarów
małego domku. Takie gigantyczne ogniwa stoją sobie np. w Anchorage na Alasce i
produkują energię elektryczną dla małej wioski. Te samochodowe mają wielkość
porównywalną z rozmiarami tradycyjnego silnika spalinowego. Podejrzewam, że
już za dziesięć lat nawet telefony komórkowe będą zasilane nie bateriami
litowymi, ale właśnie malutkimi ogniwami. To się wydaje niesamowite, ale pomyślmy
- jeszcze 15 lat temu nikt nie marzył o miniaturowych bateriach litowych, które
działają przez tydzień. Dziś to norma, co sprawia, że telefon, podobnie jak
komputer sprzed kilku lat, jest najzwyklejszym technologicznym śmieciem.
Sławomir Zagórski, Tomasz Żuradzki
http://serwisy.gazeta.pl/nauka/1,42547,1962254.html
Promocje:
|
|