|
Protokół z Kioto wszedł w życie... Politycy i ekolodzy ze 141 państw celebrowali w środę wejście w życie protokołu z Kioto. Dla polskich przedsiębiorców oznacza on potencjalne zyski, ale także, niestety, zagwarantowane wydatki.
Protokół został podpisany w Kioto w 1997 r., ale dopiero teraz wszedł w życie. A to dzięki Rosji, która niedawno go podpisała, przez co umowa zyskała odpowiednią liczbę sygnatariuszy (141).
Państwa-sygnatariusze muszą do 2012 r. zredukować o 5 proc. emisję gazów cieplarnianych, w porównaniu z poziomem z końca lat 80. Ma to zmniejszyć ryzyko katastrofy klimatycznej.
Jednak ekolodzy podkreślają, że redukcje przewidziane przez protokół to i tak za mało. - Do 2050 r. światowa emisja musi być o 50 proc. mniejsza - mówił wczoraj w Kioto niemiecki minister środowiska Jürgen Trittin, związany z Partią Zielonych. Zapewnił, że Niemcy chcą zredukować emisję o 40 proc. już w 2020 r.
Wdrożenie celów protokołu w UE ma być ułatwione dzięki systemowi handlu uprawnieniami do emisji CO2, który działa od 1 stycznia. W każdym państwie Unii przedsiębiorstwa działające w energetyce, metalurgii, produkcji szkła, cementu i papieru otrzymają pozwolenia na emisję określonej ilości CO2. Ile tych pozwoleń dostaną, zależy od "narodowych planów rozdziału uprawnień", które rządy muszą wynegocjować z Komisją Europejską.
Firmom będzie się opłacało inwestować w ekologiczne instalacje, bo niewykorzystane zezwolenia będą mogły sprzedać tym, którym darmowe pozwolenia nie wystarczają. Emisja CO2 bez pozwolenia będzie surowo karana - ponad 100 euro za każdą "nielegalną" tonę.
Już dziś niektóre firmy handlują pozwoleniami. Jak podaje specjalistyczny portal PointCarbon.com, wczorajszy kurs zamknięcia wynosił 7,33 euro za 1 tonę CO2.
Większość zachodnioeuropejskich firm dostanie mniej zezwoleń, niż wynosi ich produkcja CO2 (muszą ją ograniczyć lub kupować zezwolenia), ale nie polskie. Nasz cel z Kioto już zrealizowaliśmy - mieliśmy zredukować emisję o 6 proc. w porównaniu z 1988 r., a redukcja sięgnęła już 30 proc.! To oznacza, że Polska dysponuje ogromną nadwyżką zezwoleń.
Jednak rząd chce, by firmy dostały tylko niewielką nadwyżkę, żeby zabezpieczyć dynamicznie rosnącą produkcję, a nie handlować zezwoleniami. Reszta zostanie w gestii rządu.
- Namawiam przedsiębiorców, żeby nadwyżki zachowali. Jaki jest sens sprzedawać je konkurentom? - mówi wiceminister środowiska Tomasz Podgajniak.
Niestety, nasz udział w systemie handlu emisjami pozostaje zamrożony. Polski rząd wciąż negocjuje z KE szczegóły "planu rozdziału". Komisja twierdzi, że rząd był dla firm zbyt hojny (pomiędzy 1000 polskich instalacji zostanie rozdzielonych około 286 mln ton CO2). Rząd odpowiada, że... był oszczędny, bo mógł dać firmom znacznie więcej.
Warszawa przekonuje też, że skoro KE sama skonstruowała takie zasady, to nie powinna teraz mieć do nas pretensji.
- Ja pod presją czasu negocjować nie będę. Polska już spełnia cele Kioto, więc nam system handlu aż tak potrzebny nie jest - tłumaczy Podgajniak.
Kolejna runda negocjacji z Komisją odbędzie się w piątek. Teoretycznie 28 lutego wszystkie uprawnienia powinny zostać rozdzielone między przedsiębiorstwa. Rząd uważa, że nic się nie stanie, jeśli ta data zostanie przekroczona.
Kompromis z Komisją warto jednak znaleźć. Bo nawet jeśli polskie firmy w niewielkim stopniu będą mogły skorzystać na sprzedaży zezwoleń, to zyska polska gospodarka - jako całość.
W gestii rządu pozostaje bowiem pula zezwoleń rzędu 70 mln ton CO2. Polska może je "odsprzedać" państwom, które nie są w stanie zrealizować celów Kioto. W zamian za nasze zezwolenia obcy rząd będzie musiał sfinansować ekologiczne inwestycje w Polsce. - Rząd Danii już finansuje np. budowę elektrowni wiatrowych - mówi Podgajniak.
Prawdopodobnie większość inwestycji państw chętnych na nasze "rezerwy" skoncentruje się właśnie w energetyce wiatrowej.
Na wczorajszej oficjalnej ceremonii w Kioto zaatakowano USA, które produkują 40 proc. szkodliwych gazów, ale protokołu nie podpisały. Niemiecki minister środowiska mówił, że emisja gazów w USA jest dwa i pół razy większa niż w Europie, a i Stany muszą wziąć na siebie za to odpowiedzialność
autor: Konrad Niklewicz
źródło: gazeta wyborcza
Promocje:
|
|