Konwencjonalne źródła energii są coraz bliżej
wyczerpania. A nawet tam, gdzie jeszcze jest ich pod dostatkiem, wciąż narasta
zanieczyszczenia środowiska, związany z ich wykorzystywaniem. Zwiększająca
się świadomość nieodwracalnych szkód, jakie niesie degradacja otoczenia
przyrodniczego, sprawia, że poszukiwania zielonych źródeł energii wciąż
trwają.Jednym z takich niekonwencjonalnych źródeł,
jest energia morskich pływów. Choć występuje ona od początku istnienia
naszego globu, świadomość, skąd się biorą ruchy morskiej wody, wciąż nie
jest powszechna. Powtarzające się od milionów lat z precyzyjną dokładnością
przypływy i odpływy mórz i oceanów wywoływane są przyciąganiem Księżyca
oraz Słońca. Ujarzmienie gigantycznej energii oceanów, wykorzystanie jej na
potrzeby człowieka, nie jest bynajmniej proste. To odwieczne marzenie zaczyna
się jednak spełniać na naszych oczach. Falowanie wody to specyficzny ruch jej
cząsteczek związany z siłą ciężkości oraz lepkością i sprężystością
wody. Polega ono na rytmicznych ruchach mas wody, którym nie towarzyszy ich
przemieszczanie. Średnia różnica poziomu wody podczas przypływu i odpływu
wynosi ok. 6 m, lecz w czasie sztormu dochodzić może do 20 m. Fale morskie, ze
względu na źródła ich powstania dzielimy na:
- wiatrowe - powstające w wyniku oddziaływania
wiatru na powierzchnię morza;
- baryczne - związane ze zmianami ciśnienia
atmosferycznego na powierzchni wody;
- pływowe - wywołane przez siły pływotwórcze
Słońca i Księżyca;
- sejsmiczne (tsunami) - będące wynikiem trzęsień
dna morza oraz wybuchów wulkanów;
- okrętowe - jedyne wywoływane przez człowieka,
stanowią efekt ruchu ciał stałych w wodzie.
Jak dotąd najwięcej, zwłaszcza po niedawnym
kataklizmie w Azji, opinia publiczna wie o falach sejsmicznych. Ogromna
niszczycielska siła tsunami rujnuje wszystko, co napotka na swej drodze. Dziś
jednak trudno nawet marzyć o jej ujarzmieniu. W tym przypadku ludzka pomysłowość
koncentruje się na tworzeniu systemów jak najwcześniejszego ostrzegania o
niebezpieczeństwie. Nie ma mowy nie tylko o jakimkolwiek spożytkowaniu energii
tsunami, ale nawet jej neutralizacji.
Ze względu na miejsce występowania, fale
dzielimy na powierzchniowe oraz wewnętrzne - występujące wewnątrz mas
oceanów, w miejscach rozdzielających warstwy wody o różnej gęstości.
Od kilkudziesięciu lat ludzie próbują lat
wykorzystać do wytwarzania energii siłę fal pływowych. W latach 60. XX w.
Francuzi zainteresowali się wykorzystaniem powierzchniowych fal pływowych do
wytwarzania prądu. U ujścia rzeki Rance do zatoki Saint Malo, w kanale La
Manche, w pobliżu miejscowości Saint Malo, rozpoczęto budowę pierwszej
na świecie elektrowni wykorzystującej energię pływów morskich. Oddano ją
do użytku w 1967 r. Urządzenia pracują do dziś. Moc tej pierwszej na świecie
elektrowni, wykorzystującej siłę morskich pływów wynosi 240 MW.
Takie elektrownie działają na podobnych
zasadach jak elektrownie wodne na rzekach, jednak zamiast tamy spiętrzającej
wodę, stosuje się w nich zbiorniki napełniane podczas przypływu, gdy woda
obraca turbiny. Następnie, podczas odpływu, przesącza się do oceanu.
Francuzi stworzyli program budowy 20 podobnych elektrowni. Szybko jednak musieli
od niego odstąpić. Stało się tak w wyniku zdecydowanych protestów nie tylko
obrońców przyrody, ale i przedsiębiorstw żeglugowych. Okazało się, że
bardzo ekologiczne w zamyśle urządzenia, montowane na powierzchni wody, nie są
obojętne dla środowiska. Powodują ogromne straty w biosystemie. Elektrownie pływowe
stanowią nieprzekraczalną barierę dla ryb, poważnie utrudniają też
transport morski. Dokładne badania wykazały, że elektrownia na Rance nie
tylko zaburzyła wodny ekosystem w promieniu aż 500 km, ale i spowodowała duże
utrudnienia na ruchliwym morskim szlaku, w pobliżu angielskich wysp Guernsey i
Jersey, gdzie ją zlokalizowano.
To były najważniejsze przyczyny, dla której
nie kontynuowano programu. Idea jednak nie poszła w zapomnienie. Elektrownie pływowe
zbudowano w Kanadzie, Rosji, Chinach i Indiach. Dopiero jednak w latach 90. wymyślono
nową koncepcję - postanowiono przenieść urządzenia pod wodę, minimalizując
tym samym ich szkodliwe oddziaływanie na ekosystem. W 1995 r. w północno-zachodnich
krańcach Szkocji, w pobliżu miejscowości Lochinver w niewielkiej zatoce cieśniny
Północnej, która oddziela Wielką Brytanię od Hebrydów Zewnętrznych,
zainstalowano podwodne młyny poruszane przez ruchy mas wodnych i napędzające
turbinę przymocowaną do zakotwiczonej na morzu tratwy. Wytwarzała ona
zaledwie 15 kW energii, nie miała więc żadnego znaczenia dla systemu
energetycznego, była jednak pierwszą elektrownią pływową nowej generacji.
W ostatnich latach znacznie większa turbina -
o mocy 300 kW - podłączona została do sieci elektrycznej w cieśninie
Sammelsunder koło miejscowości Hammerfest na Morzu Norweskim, kilkaset
kilometrów za kołem podbiegunowym. Ważący prawie 200 t wiatrak zakotwiczony
został na stałe na dnie. Wkrótce Norwegowie, kosztem 150 mln koron (ponad 20
mln euro) zamontowali 20 kolejnych turbin, które zapewniają dostawy prądu
liczącej niewiele ponad 1000 mieszkańców miejscowości Kvalsund.
Kolejne turbiny zatopiono 17 m pod powierzchnią
wody, w głębokiej na 50 m cieśninie, w której dobowe zmiany poziomu wody
dochodzą do 3 m. Przez 12 godz. przypływ wtłacza wodę morską do zatoki z prędkością
2,5 m/s, przez następną połowę doby trwa odpływ. Długie na 10 m ramiona
podwodnych młynów dokładnie co 12 godz. i 25 min. obracają się o 180 st.,
wykorzystując dzięki temu zarówno energię przypływu, jak i odpływu.
Norweskie elektrownie są, praktycznie jako
jedyne funkcjonujące dziś na świecie źródła energii odnawialnej, całkowicie
niezależne od warunków atmosferycznych. Wszak morskie pływy to największe i
najbardziej regularne ruchy okresowe wód oceanicznych wywoływane przyciąganiem
Księżyca i Słońca, całkowicie niezależne od pogody. Bez względu na porę
roku, siłę wiatru, deszcz, lub jego brak, zawsze generują one prąd tej samej
mocy. Nic dziwnego, że tak atrakcyjnym, choć obecnie jeszcze nietanim,
przynajmniej w fazie budowy, źródłem energii interesują się kolejne państwa.
Według wstępnych analiz ekspertów z Wielkiej Brytanii pływy morskie mogłyby
w przyszłości zapewnić aż 25% energii tego wyspiarskiego państwa.
Oczywiście podstawową przeszkodą w powszechnym
wykorzystywaniu energii pływów jest położenie geograficzne. Żeby móc z
niej korzystać, trzeba dysponować specyficznie ukształtowanymi cieśninami, w
których energia pływów bardzo wzrasta. Na pełnym oceanie fale pływowe osiągają
wysokość 60-70 cm, natomiast największe są w zatoce Fundy w Kanadzie, gdzie
dochodzą do 20 m.
Dziś moc zamontowanych już elektrowni pływowych
nie jest duża, lecz jeśli prace nad nimi potrwają dalej, jeśli uda się, a
wiele wskazuje że tak będzie, wyeliminować zagrożenia dla systemu
ekologicznego, jakie niosły pierwsze takie urządzenia, to wróżyć im wypada
dużą przyszłość. Znamienne, że w ostatnim czasie takie elektrownie powstają
głównie na dalekiej północy, w bardzo surowym klimacie, tam gdzie
pozyskiwanie innych źródeł energii wiąże się z ogromnymi kłopotami lub
jest po prostu niemożliwe. I choć prąd z elektrowni pływowych z pewnością
nigdy nie będzie tak dostępny, jak wytwarzany z innych nośników, to może
przyczynić się do poprawienia bilansu energetycznego państw, które będzie
stać, zarówno ze względu na położenie geograficzne, jak i niezbędne
nakłady finansowe, na inwestowanie w tę dziedzinę.
Autor: Krzysztof Gacek
(Energia Gigawat - grudzień 2005)
Promocje: