Promieniowanie z pracującej elektrowni atomowej nie ma negatywnego wpływu na zdrowie. Woda używana do chłodzenia jest oczyszczana, a pyły wyłapywane są w filtrach - zapewnia profesor Stefan Chwaszczewski z Instytutu Energii Atomowej.
Rozmowa z prof. dr. hab. STEFANEM CHWASZCZEWSKIM z Instytutu
Energii Atomowej w Świerku
Minęło już ponad 20 lat od katastrofy w elektrowni
atomowej w Czarnobylu, ale nadal dyskusje o energetyce jądrowej w Polsce
są obarczone syndromem tamtej awarii. Co się faktycznie stało w Czarnobylu?
- Katastrofa w Czarnobylu to był skutek nagromadzenia błędów
człowieka i wad technicznych samej elektrowni. Obsługa reaktora, chcąc
przeprowadzić pewien eksperyment, obniżyła moc reaktora i wyłączyła system
zabezpieczeń, bo przeszkadzał w eksperymencie. Reaktor atomowy ma jednak taką
właściwość, że po zmniejszeniu mocy i utrzymaniu jej w dłuższym okresie
na niskim poziomie, wpada w tzw. jamę jodową. Dochodzi wtedy do zatrucia
reaktora izotopami ksenonu pochodzących z rozpadu jodu wchodzącego w skład
produktów rozszczepienia paliwa jądrowego.
Aby skompensować wzrastające zatrucie, obsługa zaczęła
podnosić pręty regulacyjne reaktora. Liczba podniesionych prętów była większa
od ustalonych limitów dla tego reaktora i w sytuacji działającego systemu
zabezpieczeń nastąpiłoby wyłączenie reaktora. Ale system zabezpieczeń był
wyłączony i w dalszym ciągu reaktor pracował na małej mocy. Po pewnym
czasie przystąpiono do przeprowadzenia eksperymentu i rozpoczęto procedurę
zwiększania mocy reaktora poprzez podniesienie pozostałych prętów
regulacyjnych. Moc reaktora zaczęła wzrastać, co spowodowało wypalanie
nagromadzonego ksenonu poprzez reakcje jądrowe wywołane neutronami. Zatrucie
ksenonu zmniejszało się i moc reaktora zaczęła wzrastać coraz szybciej.
Operatorzy zaczęli opuszczać pręty regulacyjne, jednakże
pewne wady konstrukcyjne prętów spowodowały jeszcze zwiększenie szybkości
wzrastania mocy reaktora. Woda w kanałach chłodzenia paliwa zaczęła wrzeć,
co spowodowało w tym typie reaktora dodatkowy efekt zwiększania mocy.
Operatorzy nie zdołali opanować tego procesu. Przy wysokich temperaturach
elementów paliwowych doszło do reakcji pary wodnej z cyrkonem koszulek i z
samym paliwem, co doprowadziło do wytwarzania wodoru. Nastąpiła eksplozja
wodoru, który zniszczył konstrukcję reaktora. Doszło do pożaru grafitu
znajdującego się w rdzeniu. Pożar ten powodował uwolnienie do atmosfery
znacznych ilości radioaktywnych substancji z wypalonego paliwa. Awaria ta
pokazała konieczność zatrudniania przy eksploatacji reaktorów energetycznych
wysoko wykwalifikowanych pracowników oraz eliminacji błędów w konstrukcji
reaktorów, które mogą spowodować podobne skutki. A już zupełnie
niedopuszczalne jest wyłączanie systemów zabezpieczeń reaktora.
W potocznych opiniach reaktor atomowy służący do produkcji
energii elektrycznej to jednak synonim bomby atomowej. Czy awarię
reaktora można zasadnie porównywać z wybuchem bomby atomowej?
- Nie jest łatwo skonstruować bombę jądrową. Trzeba w
bardzo krótkim czasie doprowadzić materiał jądrowy do stanu znacznej
nadkrytyczności (zazwyczaj doprowadza się to wybuchem ładunku
konwencjonalnego), oraz do tego celu należy wykorzystać wysoko wzbogacony uran
lub tzw. militarny pluton (pluton o odpowiednim składzie izotopowym).
Następnie reagujący ładunek jądrowy należy utrzymać w całości,
aby wytworzona została znaczna ilość energii. Reaktor nie może wybuchnąć
jak bomba atomowa. To jest niemożliwe, bo do tego, żeby reaktor pracował, żeby
zachodziła w nim reakcja rozszczepienia potrzebny jest moderator - na przykład
woda (generalnie inna substancja spowalniająca neutrony, która pozwoli na
podtrzymanie reakcji jądrowej). To jest konieczne, bo wzbogacenie uranu w
izotop rozszczepiany jest tak małe, że bez obecności tej dodatkowej
substancji nie ma szans na wywołanie reakcji rozszczepienia. Przy wzroście
mocy reaktora woda paruje i uran bez wody nie może już wejść w reakcję jądrową.
Mogą być efekty uboczne, jak wybuch wodoru czy stopienie rdzenia reaktora, ale
nie wybuch jądrowy. Największa katastrofa atomowa (w Czarnobylu) była
wybuchem wodoru, który wytworzył się wskutek anormalnego wzrostu mocy
reaktora, ale mimo wszystko reaktor wtedy został wyłączony. Nie doszło do
wybuchu jądrowego, ale wodoru było tyle, że on wybuchł i doszło do
zniszczenia rdzenia reaktora.
Boimy się też promieniowania radioaktywnego i opadów pyłów
radioaktywnych, do czego ma dochodzić podczas pracy elektrowni atomowej.
Czy tak faktycznie jest, że produkcja energii jądrowej oznacza
niebezpieczne promieniowanie?
- Generalnie żyjemy w radioaktywnym świecie. W glebie zawarte
są promieniotwórcze substancje, jak uran czy tor - wraz z całą rodziną
produktów rozpadu tych substancji. Cały czas działa na nas promieniowanie
kosmiczne. W Polsce w średnich warunkach człowiek dostaje rocznie mniej więcej
2,5 mSv (minisiverta) dawki promieniowania jonizującego, a są na świecie
rejony, gdzie ta dawka wynosi 70-80 mSv rocznie. To są dawki bezpieczne i nie
zarejestrowano negatywnych skutków takich dawek.
Normy dawek granicznych dla personelu zatrudnionego przy
eksploatacji urządzeń wykorzystujących promieniowanie są większe i nie wdając
się w szczegóły wynoszą 20 mSv rocznie. Natomiast dawki graniczne dla ogółu
ludności pochodzące z eksploatacji urządzeń wytwarzających promieniowanie są
ograniczone do 1 mSv, a w zasadzie nie przekraczają 0,1 mSv rocznie. Takie
promieniowanie nie ma żadnego negatywnego wpływu na zdrowie. Pyły są z kolei
wyłapywane w filtrach, a filtry są wymieniane i utylizowane jako odpad
promieniotwórczy. Nie dają się wyłapać gazy szlachetne. Są jednak
nieszkodliwe, bo szybko się rozpadają.
Niepokój budzi też składowanie odpadów radioaktywnych.
Ile takich odpadów powstaje rocznie w elektrowni atomowej o mocy 1000
MW?
- W takim reaktorze jest wytwarzane 7-7,5 TWh energii rocznie
(to nieco więcej niż potrzebuje teraz Warszawa - red.). Do zasilenia takiego
bloku potrzeba rocznie około 15 ton paliwa uranowego, które zajmuje około 10
metrów sześciennych. Po roku mamy więc 15 ton odpadów paliwa jądrowego i
dodatkowo około 50 metrów sześciennych odpadów promieniotwórczych z układów
oczyszczania elektrowni. Zupełnie inaczej traktuje się wypalone paliwo, a zupełnie
inaczej odpady promieniotwórcze. Wypalone paliwo przez co najmniej dziesięć
lat przetrzymywane jest w basenie wodnym koło reaktora, bo jest zbyt
radioaktywne, zbyt dużo wydziela energii cieplnej, żeby można było je
przewozić. Nie ma innego wyjścia. W zasadzie można to paliwo trzymać do 50
lat w basenach wodnych, ale po dziesięciu latach można je już przerabiać na
nowe paliwo. To, co zostanie, składuje się w złożach geologicznych, a właściwie
będzie się składować, bo elektrownie atomowe są tak młode, że pierwsze składowiska
dopiero powstają. Natomiast odpady radioaktywne po około 500 latach
przechowywania w izolacji od środowiska tracą swoją aktywność i stają się
normalnymi odpadami komunalnymi. Proszę te wielkości porównać z ilością
popiołów powstających w elektrowniach opalanych węglem kamiennym. W
przypadku elektrowni 1000 MW jest to kilkaset ton popiołów zawierających nie
tylko szkodliwe pierwiastki, jak arsen, ale także substancje radioaktywne -
uran i tor.
• Woda używana do chłodzenia jest zatruwana. Jak ten
problem skażenia jest rozwiązywany?
- Woda w obiegu chłodzenia paliwa w reaktorze zawiera pewną
ilość substancji radioaktywnych. Woda ta jest oczyszczana w filtrach
mechanicznych i w filtrach jonoobmiennych. Radioaktywne wkłady w tych filtrach
traktuje się jako odpad radioaktywny i przechowuje się w składowiskach odpadów
promieniotwórczych. Para wodna wytworzona w generatorach pary elektrowni z
reaktorem wodnym ciśnieniowym nie jest zatruwana i posiada te same
charakterystyki, jak para wytworzona w elektrowniach konwencjonalnych.
• Wypalone paliwo wraca do producenta czy zostaje u użytkownika?
Co się robi z odpadami promieniotwórczymi?
- Odpady promieniotwórcze z eksploatacji elektrowni (na przykład
pyły), mają tę charakterystykę, że po 300-500 latach stają się normalnymi
odpadami komunalnymi. Trzeba je tylko przez ten czas bezpiecznie przechować.
Przechowuje się je najczęściej niezbyt głęboko pod ziemią. W Polsce nie ma
składowiska, które mogłoby zabezpieczać potrzeby elektrowni. Wypalone paliwo
ma czas rozpadu, który się liczy w setkach tysięcy lat, ale po kilku tysiącach
lat radioaktywność spada na tyle, że staje się taka sama, jak rudy uranowej.
Polska przystąpiła w 2007 roku do porozumienia, które umożliwia
takim krajom jak Polska nie zajmowanie się wypalonym paliwem, bo istnieje możliwość
nabycia paliwa w leasingu - po wychłodzeniu może wrócić do wytwórcy. Ramy
prawne takiego postępowania są gotowe. I raczej nie trzeba się martwić, że
uranu zabraknie. Jest wszędzie w ziemi i jego wydobycie to tylko kwestia kosztów,
ale nie wyczerpania - tak jak gazu czy węgla.
STEFAN CHWASZCZEWSKI - specjalista energetyki jądrowej,
fizyki jądrowej i fizyki reaktorów jądrowych, sekretarz naukowy
Instytutu Energii Atomowej w Świerku, wicedyrektor IEA
Rozmawiał Ireneusz Chojnacki
„Gazeta Prawna” – 19 czerwca 2008
Cire.pl
Promocje: